Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 01.pdf/225

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


A myśliwi i panie zaledwo teraz otrzeźwieli z przestrachu, zgrozy i zdumienia. Śmiałość ordynata zaimponowała wszystkim. Pierwszy ocknął się Brochwicz, lecz był trochę zawstydzony. Wszyscy podeszli do sosny, winszując Stefci ocalenia, a ordynatowi odwagi.
Ściskali dłoń jego z podziwem, patrząc nań ciekawie. Zwłaszcza panie przenosiły uporczywie wzrok z ordynata patrząc na Stefcię. Brochwicz uspokajał struchlałą Lucię. Rękę ordynata ścisnęła z kolei Hrabina Wizembergowa.
— Vainqueur! maintenant vous l’avez prise, elle vous appartient.
Ordynat złożył pocałunek na jej ręce.
Po zachodzie słońca orszak myśliwych powracał do zamku, witany odgłosem trąb i orkiestrą, umieszczoną na krużganku.
Podczas kiedy myśliwi przebierali się, straż leśna, pod nadzorem łowczego, ułożyła zabitą zwierzynę na dziedzińcu zamkowym w olbrzymią klamrę. Mieszały się razem lisy i zające przetykane gęsto ciemną, aksamitna sierścią kozłów, których głowy ładnie podparte wysuwały pyszne rogi. Koronę klamry tworzyły łosie i dziki, w środku leżało kilka wilków. Na samym przodzie, zręcznie umocowany, stał odyniec, zakłuty przez Waldemara. Z półotwartej paszczy wisiały sople skrzepłej krwi, ostre, białe kły były, rzec można, urągowiskiem minionej potęgi. Szklane oczy stały słupem, przerażone, jakby zwierz zdziwił się, że tak niedawno wzbudzał szalony popłoch wśród ludzi, że wywoływał grozę, a teraz oni trąbią nad nim larum, na sławę dla siebie, na pohybel jemu. Wilki miały wysunięte języki i wyszczerzone zęby, jakby zgrzytające z gniewu, że zwierzyna, którą tępiły, teraz tak w licznym wyborze otacza ich ponure cielska tryumfalnym wieńcem. „Myśmy polegli, ale i was tyranów nie stało“.
Kiedy panie wyszły na dziedziniec, kilku strzelców w zielonych kurtkach, w długich botfortach, stojąc na boku klamry, uderzyło w trąby radosną fanfarę myśliwską. Było coś rycerskiego w ich postaciach. Podniesione w górę trąby opiewały grzmiąco historję dzisiejszej obławy, niby marsz pogrzebowy dla zgraji poległych mieszkańców boru.
Goście przysunęli się bliżej, panie zaczęły oglądać zwierzynę grubszą i leżące dalej wianki ptactwa. Pieścili zgrabne główki jeleni i śliczne płowe kuropatwy. Mężczyźni opowiadali sobie szczegóły każdej zabitej sztuki, przyczem najgłośniej krzyczał i kłamał Trestka, wyręczając Brochwicza, bo ten nie mógł jakoś otrząsnąć się po wypadku z dzikiem, czując, że odegrał w nim jeszcze nieszczególną rolę. Zaczęły się sprzeczki o te, kto najwięcej zabił zwierzyny. Okazało się, że właśnie Brochwicz. Ordynat ogłosił go królem. Ale Trestka, zły na to, rzekł złośliwie:
— Nie miał byś pan tej weny, gdyby ordynat strzelał swobodnie. Ale ordynat ustępował dziś strzały gościom i oddawał im wyborowe stanowiska. W tem tkwi klucz do rozwiązania zagadki szczęścia pańskiego: ordynat oddał ci tytuł króla.
— Czemuż, naprzykład, pan się o to nie postarał? — zapytał Brochwicz — jesteś także gościem.
Trestka machnął ręką, jakby mówiąc:
— Każde szczęście nie dla mnie.
Stefci rękę panowie umoczyli w krwi dzika. Ją i ordynata ogłoszono bohaterami dnia. Hrabianka z ojcem z wielkim wysiłkiem panowali nad sobą, aby nie wybuchnąć gniewem i oburzeniem. Z pań naj-