Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 01.pdf/216

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Waldemar nie spuszczał oczu z rzucającego się jegomościa, tylko wzrok chłodniał mu stopniowo.
— Dzika bestja! — mruknął.
— A co! nie mówiłem, że to rzeźnik? — dowodził Trestka. — Jemu się nawet zdaję, że jest w oborze.
Jegomość stukał laską w podłogę, wreszcie i tego mu było zamało. Zadarł głowę do góry i z miną wolarza zaczął walić laską w marmurowy blat stolika, aż brzęczały naczynia poustawiane na innych.
Lucia i Stefcia zaniepokoiły się, panna Rita zaczęła się cicho śmiać.
Michorowski wstał.
— Panie! bez skandalu — szepnęła błagalnie Stefcia, przechylając się przez Lucię.
Oczy jej spotkały zimne źrenice ordynata. Złagodniał, na ustach jego mignął ledwo dostrzegalny uśmiech.
— Bądź spokojna — wyczytała Stefcia w jego oczach.
Waldemar zbliżył się do jegomościa, ale miał taką minę, że szczupły urzędniczek pociągnął krzykacza za rękaw.
— Panie łaskawy — rzekł Waldemar przyciszonym głosem, lecz dobitnie — pan zapewne wraca z rajtszuli, ale tu jest cukiernia i są damy.
— Co to pan?! — zaperzył się zdumiony jegomość, prostując potężne bary.
Wystraszony urzędnik ciągnął go niemiłosiernie za rękaw. Michorowski niedbale oparł się dłonią na stoliku.
— Niech pan raczy poszukać sobie odpowiedniejszego miejsca dla swej... bujnej natury — rzekł szczególnym tonem.
Kilka osób stanęło. Oglądano się na nich.
— Co to znaczy! co pan znowu? — wrzasnął zrywając się jegomość.
Waldemar stał jak posąg z lodu.
— To, panie, że ja mam tu pewne prawa i na ich zasadzie nie pozwalam w miejscu publicznem, gdzie są kobiety, urządzać knajpy — mówił dobitnie.
Przerażony urzędnik ściągał już ubranie z ramion towarzysza.
— Panie, to ordynat Michorowski — szepnął do ucha zaperzonego jegomościa jakiś przechodzący pan.
Tłuścioch zmitygował się odrazu.
— Ale mnie kawy nie dają — rzekł znacznie grzeczniej.
— Niech się pan upomina, lecz ciszej, proszę! — rzekł Waldemar i odszedł do swego stolika.
Rozejrzał się bystro po werandzie... Nadbiegł wezwany przez kogoś chłopak. Ordynat zmierzył go ostrem spojrzeniem.
— Pilnować służby — rzekł krótko i wskazał na stolik.
Uspokojony jegomość sapał zawstydzony.
Chłopak spuścił oczy, szurgnął nogami przed ordynatem i pospieszył na stanowisko.
Waldemar usiadł i zwrócił się do Stefci.
— Pani wzrokiem mogłaby poskromić lwa — szepnął z uśmiechem.
— Trochę wątpię — odparła.
Waldemar zaczął się śmiać z przerażenia Luci.
Trestka rzekł do Rity:
— Ordynat pożarł rzeźnika, uważała pani?
— Zawsze wspaniały! — odparła zamyślona.
— Chyba nie rzeźnik?