Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 01.pdf/165

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


marsze ku uciesze tłumów. Tam znowu brzęczy pianola, lub cicho piszczą skrzypce. Szum, zamieszanie, istna wieża Babel.
W innych działach ciszej. Pawilon pszczelarski w kształcie ula, pawilon rybołóstwa, kwiaciarstwa i jedwabnictwa, wszystkie rojne i gwarne, ale z cechą wyłączną. Tam dążyło więcej starszych pań, gospodyń wiejskich. W dziale drobiu, ponad głosy ludzkie, wzbijały się liczne gęgania, gdakania, wrzaski perliczek, przeciągłe krzyki pawi, przy akompanjamencie trzepotania skrzydeł. Z dalszych klatek dochodziły monotonne, poważne chrapania i piskliwe głosiki trzody chlewnej. W pewnem oddaleniu, widne z daleka, piętrzyły się kolorowe maszyny krajowych fabryk. Głuchy turkot potężnych motorów ściągnął specjalistów: płynęły tam przeważnie męskie kapelusze, rozmowy prowadzono cichsze, fachowe, jakby te olbrzymie machiny i ruch pasów przytłaczał ludzi mimowoli.
Tam, pomiędzy innymi, szedł Waldemar Michorowski, prowadząc panny, którym objaśniał poszczególne działy. Panna Rita, Stefcia i Lucia niosły wiązanki kwiatów, ofiarowane przez ordynata w dziale kwiaciarskim. Stefcia dostała pęk żółtych złocieni.
Weszły i zatrzymały się oszołomione ogromem jakiejś potęgi. Ogromne lokomobile i motory przykuwały wzrok do siebie. Wszystko było w ruchu choć szybkim, jednak z tą charakterystyczną ciszą dobrego mechanizmu. Stefcia i Rita nie prędko wyszły z pod furkających pasów: obie lubiły ten rodzaj wytwórczości ludzkiej, ogarniało je wrażenie siły. Machiny imponowały jakby żywe jakieś twory. Waldemar objaśniał.
Mówił dobrze, ściśle i ze znajomością rzeczy. Dysputował trochę z Trestką i ze specjalistą firmowym. Pokazywał, jakich systemów machiny ma w Głębowiczach. Stefcia była zachwycona, ale Lucia zaczęła nudzić:
— Chodźmy już stąd. Ciągle mi się zdaje, że mi jaki pas zleci na głowę i że rozedrę suknie o te żelastwa.
Przeszli do działu powozów i uprzęży. Luci tu się więcej podobało.
— Waldy, kup do Słodkowic karetę — zawołała.
— Do Słodkowic? Przecież są dwie.
— Tak, ale twoje, a ja chcę żeby mama miała swoją.
— Ma swoje lando i powóz. Jak będziesz wychodziła za mąż, to ci karetę angielską zafunduję.
— Taką, jak w Głębowiczach?
— Taką samą.
Sefcia i panna Rita oglądały damskie siodła. Jedno podobało się najwięcej: całe z jasnego zamszu, uzdeczki, naczolniki i pejcz nabijane srebrem, czaprak z błękitnego aksamitu, z wyhaftowanym srebrnym szlakiem.
Panna Rita spytała o cenę. Była bardzo wygórowana, ale Waldemar osądził przeciwnie i siodło kupił.
— Czy to dla przyszłej ordynatowej? — spytała Rita — bo ma pan pyszne siodła damskie w Głębowiczach...
— To przeznaczam do Słodkowic.
— Dla kogo?
— Dla panny Stefanji.
— Ależ ja prawie nie umiem jeździć! — broniła się Stefcia.
— Będziemy się uczyli.