Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 01.pdf/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


rączką. Spojrzała raz jeszcze na martwe twarze i, podnosząc ręce do głowy, szepnęła:
— Idę, wyjdę stąd... nie wrócę... nie!
Utkwiła pałające źrenice w zbolałej twarzy babki Waldemara i szepnęła znowu:
— Idę, pani... idę...
Ale oczy Michorowskiej spoglądały na nią łagodnie. Smutne, pełne żalu i goryczy, zdawały się mówić:
— Biedne dziecko... spiesz... żal mi cię, polny kwiatku... ale... uciekaj do swoich!
— Boże! Boże! — jęknęła dziewczyna, uniesiona wizją.
Każdy nerw dygotał w niej, wrodzona wrażliwość znalazła silną podnietę. Pochłonięta halucynacją zmysłów, wpatrzona w portret, nie słyszała kroków w sąsiednim salonie.
Nagle w osłonach ciemnej kotary stanęła przed nią wytworna postać Waldemara. W ręku niósł pęk żółtych herbacianych róż.
— Ach! — krzyknęła Stefcia, cofając się w tył.
Widok jego w tej sali, przy tym portrecie, sprawił na niej silne wrażenie.
— Co pani?... co pani?... — zawołał przybyły, porywając jej ręce w swe gorące dłonie. Róże rzucił na sofę i pochylony patrzał na Stefcię badawczo.
— Przestraszyłem panią?... Panno Stefanjo, czemu pani taka zmieniona? Co się stało?...
Dziewczyna odzyskała swobodę. Przy nim nie czuła obawy. Wysuwając ręce z jego dłoni, rzekła:
— Będzie się pan ze mnie śmiał, ale istotnie przestraszyło mnie nagłe ukazanie się pana.
— Wzięła mnie pani za jakiegoś pradziadka, wyskakującego ze ściany, czy tak?
— Pradziadka?... Nie!
— A ja pani szukałem po całym zamku. Andrzej wprowadził mnie na ślad.
— Ja zbłądziłam, zaszłam do tej sali zupełnie wypadkowo.
— I rozmawiała pani z memi przodkami?
Spojrzała na niego zdziwiona.
— Pan jest jasnowidzący!
— Więc odgadłem?
— Po części. Ja tylko odpowiadałam, oni mówili do mnie.
— Co mówili?
— Nakazywali mi wyjść stąd — rzekła z przymuszonym uśmiechem.
— Panno Stefanjo!...
Ten wykrzyk ździwił Stefcię. Brzmiało w nim pytanie i żal. Prędko powtórzyła:
— Gniewali się na mnie za wtargnięcie do ich przybytku. Tylko ta pani miała dla mnie lepsze spojrzenie.
Wskazała na portret.
Waldemar odwrócił głowę, popatrzał i rzekł poważnie:
— To moja babka, Madejowa Michorowska, bardzo dobra i bardzo nieszczęśliwa kobieta... może właśnie dlatego nieszczęśliwa, że dobra.
— Dlaczego? — spytała Stefcia.
— Och! to smutna historja. Nie chciałbym pani zasmucać.