Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 01.pdf/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Proszę, niech mi pan opowie jej dzieje — szepnęła z prośbą.
Waldemar przepalał ją wzrokiem. Postąpił parę kroków i, biorąc róże z sofy, rzekł stłumionym głosem:
— Rwałem je, myśląc o pani, i niosłem dla niej... Mój ulubiony kolor... Proszę.
Podał jej rozkwitły, woniejący pęk, ogarniając postać dziewczyny gorącem spojrzeniem.
— Czy pani lubi smutne historje? — dodał prędko, chcąc przywrócić jej swobodę, bo spostrzegł, że biorąc kwiaty, zmieszała się.
— O tak! lubię... Dziękuję panu za róże. Śliczne!
— Więc opowiem pani historję babki, ale uprzedzam, że smutna, bo babka miała wiele cierpień w życiu.
— Wyjdźmy stąd — rzekła Stefcia — będą nas szukali.
— Wszyscy grają w tennisa i są zadowoleni. Nie widzę racji przeszkadzać.
— Ale Lucia sama. Może mnie potrzebować.
Co do Luci mogę panią zapewnić, że się dobrze bawi z Wilusiem Szeligą. Pozostaniemy tu.
— Nie, nie! Trzeba iść.
Podbiegła do drzwi. Waldemar zastąpił jej drogę i rzekł energicznie:
— W tej sali panują prawa feudalne! Nie puszczę pani. Historję babki trzeba wysłuchać przed jej portretem... Jest pani w tej chwili moją wasalką.
Stefcia komicznym ruchem załamała ręce.
— Suwerenie, zlituj się! uwolnij mnie! — zawołała wesoło.
— O nie! żadnej łaski. Jest pani w mej mocy, nikt cię nie wyzwoli, gdy ja nie zechcę. Mam za sobą całe szeregi popleczników.
Wskazał na portrety.
— Ależ oni mnie nie chcą, wypędzają!...
Waldemar pochylił się do niej i rzekł z naciskiem:
— Gdy ja zechcę, oni zechcieć muszą!
Stefcia zaczęła tracić pewność siebie. Postanowiła wyjść koniecznie.
Lecz w tej chwili zaszło coś dziwnego.. Oto w parku rozległ się krzyk, głos wpadł do sali i akustyczne ściany powtórzyły go kilkakrotnie. Zdawało się, jakby portrety przemówiły. Na Stefci, rozstrojonej do najwyższego stopnia, głos ten, po słowach Waldemara, zrobił wrażenie wprost piorunujące. Rzuciła się naprzód z okrzykiem przestrachu.
Waldemar chwycił ją za ręce powyżej łokcia i przysuwając do siebie, szepnął:
— Nie bój się... Przy mnie nic ci nie grozi...
Trzymał ją mocno, spłonioną z silnie bijącem sercem.
— Nie obawiaj się, jestem przy tobie — powtórzył stłumionym głosem.
Oczy jego piekły, ponsowe usta drżały, w skroniach biły tętna.
Chwila ciszy..., pierwszego upojenia!...
Niewidzialne dreszcze łączyły ich z sobą, zlewając się w jeden prąd, pełen czaru.
Waldemar nie przerywał go ani poruszeniem, ani słowem. Chciał go wyzyskać do ostatka... rozpłomieniała go bliskość Stefci, rozczulała