Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 01.pdf/096

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Co?
— Tak, natura!
Student zakreślił szeroki krąg i z błyszczącemi oczyma zawołał:
— Ta natura złota, błękitna otaczała ją od kolebki i stworzyła na podobieństwo swoje. Nie zaćmił jej miejski kurz, nie zbrukał brud moralny. Oddychała kryształem i stała się nim. Wchłonęła w siebie błękit i złoto.
— Jednak „Journal des modes“ musiała przeglądać, bo się wcale ładnie ubiera — przerwał Trestka.
Zaśmiano się.
— Mam wrażenie, że siedzę na cenzurowanem — rzekła Stefcia.
Hrabianka Paula skrzywiła się.
Fi! cenzurowane.... To już nie modne.
Baron pokiwał głową i, gładząc bokobrody, spojrzał uważnie na studenta.
— Pan to ładnie powiedział... o tym krysztale. Oui, c’est trés beau! Superlatyw nie bardzo wyszukany, ale poetyczny i wdzięczny. Superbe!...
— Pamięta pan ukwiecone stepy? — szepnęła Rita do Waldemara.
— Stepy?... A tak! — odrzekł zamyślony.
— Określenie Wilusia podobne do pańskich stepów. Nieprawdaż?.,. Nie słyszał pan, co mówił Wiluś?
— Słyszałem.
Patrzał na szerokie łany pszenicy, lśniącej atłasem, rosistej, bujnej, i myślał:
— To ona!
Patrzał na lazury nieba bez chmurki, na srebrną toń powietrza! myślał:
— To ona! Tak czysta, taka biała, złota, kryształowa... Dowcipny smarkacz! Ale czego on się nią tak zachwyca? Bo to określenie...
Obejrzał się.
— Rozmawiają ze sobą...
Wtem konie szarpnęły gwałtownie. Ordynat ściągnął lejce, aż kopytami wryły się w ziemię i strzelił z bata z niesłychaną irytacją.
Na breku powstał krzyk.
— Konie ponoszą! — krzyczała hrabianka.
— Waldy, co robisz? — wtórowała Lucia.
Panna Rita patrzała na Waldemara z pod rzęs i stopniowo twarz jej straciła kolory, usta zaciskały się bólem.
— Niech pan stanie — szepnęła — ja przesiądę się.
— Nie stanę, bo rozhukałem konie. Proszę się nie ruszać.
Rozkazujący ton jego głosu podziałał na nią dziwnie. Doznała nieokreślonego wrażenia. Usta jej zadrgały, na bladą twarz wystąpiło kilka różowych plamek, zdawała się wahać nad czemś, wreszcie spytała swobodnie:
— Nie chce pan, żebym się przesiadła dlatego, że konie rozbiegane, lecz gdyby nie to?...
— Nie śmiałbym się sprzeciwiać.
— Och! rozumiem!...
Zacięła usta i gorączkowo potrząsała batem, wyrwanym z rąk Waldemara.
— Co pani robi? — zdziwił się.
— Chcę, aby nas konie poniosły.