Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 01.pdf/087

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Podniosła na niego oczy.
— Panie ordynacie, proszę mi pozwolić przejść.
— Nie ustąpię, aż mi pani powie, o co proszę: gniewa się pani na mnie?
— Nie.
— Pozwalam sobie, wątpić o szczerości pani odpowiedzi. Dotknąłem panią. lecz sam byłem wściekły. Teraz przepraszam. Pani mi nie poda ręki na zgodę?
Panna Rudecka prędko wyciągnęła dłoń, którą on uścisnął mocno, pochylając nisko głowę.
Nie zauważyli panny Rity, stojącej na schodach, ale ona widziała ich doskonale.
Poruszyła się nerwowo i zawołała zmienionym głosem:
— Skoro przymierze zawarte, proszę na kolację. Idalka czeka.
Waldemar i Stefcia w milczeniu wstępowali na schody. Rita mówiła nienaturalnym tonem, kładąc nacisk na każdy wyraz:
— Nie powinniśmy tak długo spacerować po parku. Teraz wieczory są zbyt upajające... zwłaszcza ta malwowa uliczka...
— Czy oświadczył się pani hrabia Trestka? — spytał szorstko Waldemar.
Zagadnięta zbladła.
— Nie, ale może... ja mu się oświadczę — odparła prędko i szeleszcząc jedwabiami, pobiegła naprzód.
Stefci zaczęły mocno bić pulsa w skroniach.




XVI.

Żniwa, łany żyta i pszenicy chylą ociężałe głowy. Przeciągły chrzęst słomy znamionuje dojrzałość ziarna. Szum przelatuje po polach, jakby żałosny dreszcz, przeczucie śmierci... A świat tak piękny! Czysty błękit, złoto słońca, ciepłe powiewy łączą się w całość barwną i upajającą.
Lato! lato w całej pełni, w całej krasie! znojne, wyciskające pot na czołach robotników, pochylonych w pracy, a tak bogate i rozśpiewane. W zbożach krzyczą przepiórki, na łąkach drą się derkacze, odzywają żaby, potężnym chórem zawodzą drobne ptaszęta.
Każdego ranka głośno i wrzaskliwie nad przestrzenią dojrzałych zbóż. Ścięte łany bezmiernie smutne jeżą się krótko przy ziemi. Długie ich włosy, powiązane w snopki, stoją w stożkach niby pomniki na cmentarzu. Zboża, jeszcze nieskoszone, chylą głowy nad pobojowiskiem towarzyszy i dumają żałośnie nad złą dolą, która ich nie minie. Cicho szepcą pacierze przy akompaniamencie organów ptasich. Zdziwione przepiórki wysuwają główki na pustą przestrzeń i wystraszone martwotą, cofają się w gęsty las żółtej, słodko szumiącej słomy. Gdy słońce wypływa całą tarczą na błękit nieba, wszystko milknie, inne głosy panoszą się, tłumiąc świergoty i rozpraszając ptasie wiece. Nie można już śpiewać nad ściętemi snopkami, bo ostry zgrzyt sierpów kładzie koniec marzeniom. Jeszcze większe przerażenie wzbudzają groźne machiny, sunące na nieszczęsne łany, zdaleka je słychać. Okropne skrzydła, spiętrzone na grzbietach, hurkot i trzask oznajmia zbliżanie się tych potworów, ciągnionych przez konie. Machiny wchodzą na łany i rozpoczynają dzieło śmierci. Trzask nie ustaje, żelazne zębiska bez miłosierdzia mordują smukłą pszenicę i dziarskie żyto. Wielkie skrzydła na-