Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 01.pdf/050

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


głowę, jej oczy ogromne, tęskne, spojrzały na Waldemara zdumiona. Patrzyli na siebie. Stefcia blada, z dreszczem przestrachu zerwała się z krzesełka.
Ale on ją zatrzymał.
— Niech pani gra... Błagam!
Usiadła, zniewolona siłą jego głosu. On przetarł czoło i odsunął się.
Stefcia rozsunęła piątą warjację tak lekko, że mniejszego szmeru nie wydaje motyl, trącając skrzydełkami o kwiaty. Jak w osłupieniu przegrała warjację do połowy, prędko wstała i, zamykając fortepian, szybko pobiegła do drzwi.
Od okna wzburzony ordynat skłonił jej się grzecznie.
— Zakończyła pani ślicznie. Całość wspaniała. Dziękuję.
Dziewczyna wybiegła.
Waldemar popatrzał za nią i rzekł głośno:
— Ogień zamknięty w kielichu białej lilji.
Podwieczorek zastawiono na tarasie. Waldemar już spokojny, wesoły, unosił się nad grą Stefci, żartował z Luci, nawet z Prątnickim rozmawiał uprzejmiej, niż zwykle. Sam zaproponował przejażdżkę łódką po jeziorze.
Stefcia się rozchmurzyła. Popłynęli we czworo. Waldemar wiosłował. Prątnicki ujął mechanicznie ster w ręce, Stefcia i Lucia usiadły na środkowej ławeczce, zwrócone do Waldemara. Ale Lucia zmanewrowała tak, że za chwilę była już nawprost Edmunda.
Łódka odbiła od brzegu. Zachód czerwcowy rzucał gorące iskry na błękitną wodę, łabędzie z rozpostartemi skrzydłami płynęły za łódką. Stefcia pluskała na nie wodą, ciesząc się widokiem rozgniewanych ptaków. Waldemar patrzał na jej ręce, jak zanurzone w wodzie przybierały tony perłowe, słuchał jej śmiechu i myślał:
— Jak łatwo to zmącić... Wystarczy porwać ją za rękę i zgnieść w swojej, albo przywołać szatana w oczy i wpić się nim w jej usta, i już ta swoboda, ten śmiech jasny zgaśnie, zwarzy się niby płatek konwalji na mrozie. Cóż to za dziewczyna?... Bo nie anielica, a ma czystość anioła... nie demon, a ma temperament i ogień szatański. Fenomenalne! Czyż dla zdobycia jej mam się przemienić w anioła?... Nie, tego nie potrafię. Zresztą nie pragnę jej anielskości. Przeciwnie, chcę, aby mi oddała to wszystko, co jest w niej z demona, anielskość chowając dla przyszłego męża.
Mimowoli spojrzał na Prątnickiego.
— A gdyby on nim pozostał?... Nie, potworne porównanie.
Zamyślił się, patrząc na Stefcię.
— Dla kogo ona stworzona? Kto ją posiądzie? Bajeczna dziewczyna! godna świetnego losu! Czy upaść w moje ramiona wystarczy, dla niej?... Na to ona jest za czysta! Obrywałem listki z najpiękniejszych orchidei, ale dla mimozy miałem zawsze szacunek. Ona jest mimozą i warta zachodu. Cierpliwości, a będę ją miał.
Stefcia czuła jego wzrok na sobie, ale spokojnie bawiła się pluskaniem wodą ma łabędzie. Wreszcie, chcąc przerwać milczenie, rzekła:
— Pan wiele podróżował po morzu. Niech mi pan opowie wrażenia. Muszą być wspaniałe.
— A pani nie zna morza?
— Owszem, znam trochę morze Bałtyckie, ale nie odbywałam dalszych podróży.