Strona:PL Mniszek Helena - Trędowata 01.pdf/051

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Dla mnie najmilsze wody Adrjatyku i Oceanu Wielkiego — dwa kontrasty, jak baletnica w błękitnych gazach obok siłacza. Na Adrjatyku lubiłem pływać łodzią żaglową samotnie lub tylko w towarzystwie sternika. Ale na ocean wolałem się uzbroić w potężny statek, który kpi sobie z groźnych fal. Nie była to jedynie ostrożność wywołana obawą, lecz i chęć zaimponowania temu kolosowi siłą rozumu ludzkiego. Przetrwałem na oceanie dwie burze i straszliwy tajfun, nawet siedziałem już w szalupie ratunkowej wśród ryku bałwanów.
— To jest chyba okropne wrażenie — przerwała Stefcia.
— Potężne! jedyne w swoim rodzaju. Jakby się człowiek wziął za bary z oceanem — kto kogo zwycięży. Obawa śmierci ustępuje miejsca nie rezygnacji, ale zajadłości. Człowiek, walcząc z tytanem, zmienia się sam w tytana. Patrząc na niezmierzone przestrzenie rozszalałych fal, widząc piramidy wody, słuchając ryku i grzmotu, o jakim na lądzie nie mamy pojęcia, człowiek doznaje szacunku dla samego siebie, że w tych odmętach żyje, nawet potrafi zastanawiać się nad bezowocnem rozwścieczeniem oceanu. To jest uczucie niezmiernie dziwne i porywające.
Stefcia patrzała na niego zdumiona.
— Nie każdy chyba doznaje takich uczuć — rzekła, kręcąc głową — trzeba mieć w sobie dużo hartu i abnegacji życia, aby ulegać podobnym wrażeniom.
Waldemar uśmiechnął się.
— No, hartu mam dosyć, a żal za życiem nic nie pomoże. Wówczas przeważa prosta filozofja: „umrę, to umrę“, a jednocześnie energja i zaciekłość szepcze: „umrę, jeśli się dam zwalczyć“. Niekiedy ocean zwycięża, pogrzebując tysiąc ofiar, i zawsze zostawia choćby jedną przy życiu, jakby dla urągania jej, pochwalenia się swą mocą. Nic nie jest silniejszem nad triumf obrońców statku, gdy tajfun nie zdołał go zatopić. Ja, nie chcąc być jedzącym tylko śliwki w czasie burzy, pracowałem albo z majtkami przy linach, albo przy busoli, lub z kapitanem dyrygowałem naprawieniem uszkodzonych miejsc.
— I nie męczyło to pana?
— Sprawiało mi zadowolenie. Borykałem się na równi z załogą, dla zwalczania potwora. Na linji transatlantyckiej znali moją słabostkę. Lubiłem być na pokładzie, kiedy burza cichła, kiedy zapieniony ocean oddychał resztkami wściekłości, jakby mu brakło tchu w olbrzymich płucach. Statek wówczas rozwiewa żagle, kurzy triumfalnym słupem dymu, śruba druzgoce spienione cielsko oceanu i rwie naprzód, posuwa statek dumna i zwycięska. Gdy dzieje się to przy wschodzie słońca, wrażenie spotęgowane pięknością natury wzbudza prąd w nerwach, jakby dreszcz rozkoszy, zdaje się, że i niebo jest przyjacielem ocalonych, a wrogiem poskromionego napastnika. Do najwspanialszych zjawisk zaliczam burzę na morzu.
— Pan lubi niebezpieczeństwa?
— Podniecają mnie. Najnieznośniejsze na statku są panie: aby trochę wichru, zaraz spazmy, płacze, histerje! Ciekawy jestem, jakby się pani zachowała w takim wypadku?
— Nie spazmowałabym napewno, lecz bałabym się okropnie.
Waldemar patrzał na nią z uśmiechem.
— Niech mi kto wytłómaczy, dlaczego kobiety są od nas lękliwsze, kiedy w innych razach przewyższają nas odwagą...
— W czemże naprzykład?