Strona:PL Milton - Raj utracony.djvu/74

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Pod płomieniste piekielne sklepienia.
Jako na pełnem morzu widać zdała
Flotę, wiszącą w chmurach, żeglującą
Z wiatrami podczas zrównania dnia z nocą,
Z Bengalu, albo z Ternatu, Tidoru,
Skąd kupcy drogie przywożą korzenie,
Przez Etyopskie morze do Przylądka
Płynąc, zwalczają prądy, a nocami
Według Północnej gwiazdy się kierują:
Tak Czart wyglądał w pełnym locie skrzydeł.
Nareszcie widać już granice Piekła,
W górze łączące się z okropnym dachem,
I dziewięciorne bramy: trzy spiżowe,
Po nich żelazne trzy i trzy ze skały
Dyamentowej, niedostępne, ogniem
Obwarowane, który ich nie trawi.
Przed wierzejami, po każdej ich stronie,
Siedziały jakieś dwie straszne Postaci.
Jedna do pasa zdała się kobietą,
I piękną, ale jej drugą połową
W licznych, potwornych, łuskowatych zwojach,
Był wąż, śmiertelnem żądłem zbrojny; przy niej
Wkoło, piekielnych psów sfora bez przerwy
Cerberowemi paszczami szczekała,
Czyniąc okropny hałas; każdej chwili,
Z ochoty, albo gdy co przeszkadzało
Im hałasować, kryły się, jak w psiarni,
W łonie postaci owej; tam szczekały
I wyły, chociaż ukryte. Mniej wstrętne
Od nich dręczyły Scyllę, co się kąpie