Strona:PL Milton - Raj utracony.djvu/244

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Massę promieni zebrawszy, stała się
Wielkim pałacem światła. Jak do źródła
Tu wszystkie inne gwiazdy wciąż przychodzą,
I w złote swoje urny biorą światło;
Tu złoci ranna planeta swe rogi;
A ubarwianiem lub odbiciem wszystkie
Zwiększają szczupły zasób swej jasności,
Co jeszcze mniejszym przez to wam się zdaje,
Że nań patrzycie z dalekiej przestrzeni.
Naprzód na wschodzie zjawił się krąg świetny,
Władca dnia, zaraz horyzont dokoła
Ubrał w promienie jasne, i ochoczo
Rozpoczął drogę przez niebios sklepienie;
O szarym świcie zatańczyły przed nim
Plejady, roniąc wpływ słodki. Naprzeciw,
Z zachodu, z mniejszym blaskiem wpłynął księżyc
Zwierciadło słońca, pełną tarczą czerpał
Od niego światło, w takiem położeniu
Nie potrzebując innego, i zawsze
Tak pozostając do nocy, z kolei
Świeci od wschodu, zwraca się na osi
Wielkiej niebieskiej, i wespół z tysiącem
Tysięcy innych mniejszych gwiazd, króluje
Na półokręgu nieba. Gdy raz pierwszy
Ich jasne światła wzeszły na sklep nieba
I po raz pierwszy zaszły, uroczyście
Wieczór i ranek wieńczyły Dzień czwarty.
Rzekł też Bóg: ««Niechaj płaz wywiodą wody
Obficie płodny, żyjące stworzenie;
Ptactwo nad ziemią niech rozwija skrzydła