Strona:PL Milton - Raj utracony.djvu/173

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Gdy długi szereg koni prowadzonych
W reku, i jeźdźców błyszczących od złota
Oślepia tłumy i w zapał je wprawia.
Zbliżył się Adam, choć nie przestraszony,
Ale z pokorą ukłon złożył niski,
Jako istocie wyższej z przyrodzenia,
I rzekł: »Mieszkańcze Niebios! bo prócz Nieba
Żaden świat takiej wspaniałej postaci
Nie może mieścić; ponieważ, zstępując
Od Tronów górnych, raczyłeś na chwilę
Opuścić owe szczęśliwe dziedziny,
A te zaszczycić, zechciej z nami dwojgiem
Którzy z nadania Najwyższego dzierżym
Obszerne owe ziemie, spocząć w cieniu
Tego schroniska, a też pokosztować
Co najlepszego owocu z ogrodu,
Póki nie przejdzie upał południowy,
A słońce skłoni się w zachodnią stronę.«
Któremu Anioł uprzejmie odpowie
»Adamie, taki cel mnie tu prowadzi:
I ty stworzony jesteś w tej przyrodzie,
I miejsce, które zamieszkujesz, takie,
Iż łatwo Anioł może czuć chęć szczerą
Do odwiedzenia ciebie; prowadź zatem
Do cienistego twojego schroniska;
Aż do wieczora dzisiaj mam czas wolny.«
Tak do leśnego przybyli mieszkania,
Uśmiechniętego, jak drzewo Pomony,
I okrytego wonnemi kwiatami,
Jedynie Ewa nieokryta niczem,