Strona:PL Milton - Raj utracony.djvu/124

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Oszukać, gdy już baczność jego zbudził:
On patrzał za nim, widział, jak osiadłszy
Na assyryjskiej górze, twarz odmienił
W sposób u duchów błogich niebywały,
Jak dziko miotał się, srożył szalenie,
W pewności, że nikt nie patrzy na niego.
I znów się puścił w drogę, na Edenu
Granicy stanął, gdzie wdzięcznego Raju
Zielone szańce wieńczyły szczyt góry
Stromej, jej boki obrastał gąszcz dziki
Nie do przebycia, a nad niem cień niosły
Drzewa niezmiernej wysokości: cedry,
Jodły i sosny, palmy rozłożyste;
Szły ich szeregi ponad szeregami
Cień ponad cieniem dając, i tworzyły
Widoki leśne niezrównanej krasy.
Lecz wyżej nad ich szczyty się wznosiło
Zielone wzgórze Raju; z niego mieli
Rozległy widok nasi prarodzice
Na swoje państwo położone niżej.
Ponad tem wzgórzem jeszcze biegły kołem
Rzędy najlepszych drzew, pełnych owoców
Najsmakowitszych; owoców i kwiatów
Tuż obok siebie, w różne barwy zlanych:
Słońce w nich piękniej tkało swe promienie,
Niźli w wieczornej chmurze, albo w tęczy,
Gdy dźdżem ożywczym Pan Bóg ziemię rosi...
Tak wdzięczny był ten krajobraz; powietrze
Przedziwnie czyste spotyka przychodnia
Budzi w nim rozkosz i wesele wiosny,