Strona:PL Milton - Raj utracony.djvu/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Jak Hesperydy, sławione przed wieki.
Szczęśliwe pola i gaje i błonia
Kwieciste, wyspy po trzykroć szczęśliwe,
Lecz kto szczęśliwym mieszkańcem? Dochodzić
Nie chciał Dyabeł. Nad temi światami
Nęciło jego oczy słońce złote,
Najpodobniejsze blaskiem swoim Niebu.
Tam bieg swój zwraca (lecz w górę czy na dół,
Do środka, albo odśrodkowym pędem,
Trudno powiedzieć, lub wskazać na stopień
Geograficzny długości), gdzie wielka
Błyszcząca kula ponad gromadami
Gwiazd mniejszych, które w należytej dali
Od jej władczego oka blask przyjmują,
Dni określają, miesiące i lata,
Tańcem miarowym pędząc naokoło
Tego ogniska życia, lub pędzone
Magnetycznemi jego promieniami,
Niewidzialnemi, chociaż grzeją światy,
I tajne siły ślą nawet w ich głębią:
Takie cudowne słońca stanowisko.
Tam wylądował Czart, była to plama
Na świetnej tarczy słońca, jakiej może
Żaden astronom przez optyczną tubę
Nie widział nigdy. Miejsce mu się zdało
Nad wszelki wyraz widne, niedające
Równać się z niczem na ziemi, ni z kruszcem,
Ni też z kamieniem; nie we wszystkich działach
Jednakie, ale wszędzie napełnione
Promieniejącem światłem, do żelaza