Strona:PL Melchior Pudłowski i jego pisma.djvu/057

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wszakoż za czasem, gdy sad hojniej zrodzi,        25
Przyniosę pewnie, co-ć się lepiej zgodzi.
Nie wątpię, będzie czas taki pogodny,
Że przyniesie dar twoim cnotom godny.



34.   Do jednego.

Uchodzisz mię pięknie w oczy,
A z tyłu obłudność kroczy.
Gdzie się nie spodziewam zdrady.
Wierę to miły, szkarady
Przymiot masz taki do siebie:        5
Ja się już zarzekam ciebie.



35.   Jeden rzekł.

Już czołem za cześć szczęście, dalej cię nie czekam:
Oblókwszy się w chudobę, tak śmierci doczekam.



36.   Do jednego.

Wadzi-ć to, kiedy piszę; wadzi-ć, kiedy czytam,
I to-ć wadzi, kiedy się o rozumie pytam.
Owa memi postępki wszytkiemi się brzydzisz,
A swych chromych, Jachniku niebożę, nie widzisz.
Lecz nie dziw: kto w swej wątpi, cudzej zajźrzy cnocie;        5
Ja swej dufam, więc nie chcę zajźrzeć twej niecnocie.



37.   Do Mikołaja.

Złoto, srebro i wszytko, co jedno w pokładzie
Masz i cokolwiek się więc uradza na sadzie,
Także i te jedwabne na ścianach opony
I owe dość kosztowne z kamieńmi zapony:
Wszytko to twoje własne, i fladrowe stoły,        5
Chyba żonę, tę z ludźmi masz pewnie na poły.



38.   Do Franciszka Masłowskiego.

Wiem to, iż mię miłujesz, acz nie czuję w sobie
Tej godności, przeczbych miał tak miłym być tobie.