Strona:PL May - Matuzalem.djvu/409

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mandaryn utai przed swoimi gośćmi te odwiadżiny.
— Czyż nie przyszedł poto, aby się z nami przywitać? — zapytał nasz bohater.
— Tak — odpowiedział tong-tszi z całą swobodą. — Bardzo się ucieszył, że was ujrzy.
— A więc wróci tutaj?
— Nie.
— W takim razie nie pojmuję, dlaczego odszedł, nie pokazawszy się nam!
— Przypomniał sobie nagle, że ma coś ważnego do załatwienia; śpieszył się bardzo i prosił mnie, abym go przed panami wytłumaczył.
— O, to zbyteczne. Nie jesteśmy tak wymagający, aby odrywać go od ważnych spraw.
Tong-tszi uśmiechnął się lekko. Przejrzał myśl Degenfelda, ale nie dał tego poznać po sobie. Przysiadł się do stołu, kazał podać fajki, poczem odesłał służącego, zabraniając mu wchodzić bez wezwania.
Po tym wstępie Matuzalem spodziewał się, że mandaryn przystąpi do sprawy więźniów. Atoli Chińczyk zaczął znowu mówić o ho-po-so.
— Ten mandaryn — rzekł — ma władzę nad portem Kuang-tséu-fu i nad wszystkiemi rzekami kraju. Bez jego pozwolenia żaden okręt nie może przybić, ani odbić. Przypomniał sobie, będąc u mnie, że pewien kapitan ts’ien-kioku prosił go o pozwolenie wyruszenia w drogę. Ho-po-so zupełnie o tem zapomniał. Ponieważ jednak okręt ten musi jutro

15