Strona:PL May - Matuzalem.djvu/400

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Musiał to być znakomity kuan-fu — przerwał tong-tszi.
— Nie, był to szubrawiec, uwolnił bowiem więźniów, a tego nie zrobiłby żaden kuan-fu.
— Czyżby? Nie może to być! Tylko wyżsi mandaryni posiadają te żetony.
— To prawda. Ale nie jest rzeczą wykluczoną, że ten żeton był fałszywy, podrobiony. W nocy trudno rozpoznać. Urzędnik nie śmiał tego człowieka śledzić, sądząc że ma przed sobą wpływową osobistość. I cóż się okazało? Wrzekomy mandaryn uciekł wraz z więźniami przez boczną furtkę.
— Zawszeć to wina nadzorcy! Skoro nie śmiał zachodzić drogi mandarynowi, to przynajmniej powinien był pilnować więźniów!
— Mnie nic podobnego nie mogłoby się zdarzyć. Sprawuję nadzór nad więzieniem osobiście, więc nie omieszkam, jeśli się powtórzą tajemne odwiedziny, dokładnie obejrzeć żetonu. Trzeba być nader ostrożnym, zwłaszcza gdy się ma do czynienia z takimi więźniami, jak dzisiejsi.
Tong-tszi utwierdził go w tem postanowieniu i wrócił do domu, gdzie już dawno wypatrywał go zniecierpliwiony Matuzalem.
Błękitno-purpurowy, podobnie jak i Godfryd i Ryszard, zjadł smaczny obiad, ale bez apetytu. Trawiła go troska. Tong-tszi starał się ją rozproszyć — napróżno.
— Jutro podda się ich badaniu — rzekł manda-

6