Strona:PL May - Matuzalem.djvu/286

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Głupstwa pleciesz! Kto potrafiłby cię zrozumieć! Gadajże po ludzku, przyzwoicie, gramatycznie.
— Jeśli ja mam wyciągać kasztany z ognia, to gramatyka powinna się do mnie stosować, a nie ja do niej. Chodzi mi o to: sąsiad chce bożka zakopać w naszym ogrodzie; otóż my przeniesiemy go do jego własnego ogrodu, to znaczy do ogrodu sąsiada, a nie do ogrodu bożka.
— Do kaduka! Godfrydzie, to dobry, naprawdę dobry pomysł!
— Nieprawdaż? Godfryd na wszystko potrafi znaleźć sposób! Nasz przyjaciel nie będzie narażony na żadne niebezpieczeństwo. Wierny sąsiad doniesie policji, która tu przyjdzie i nic nie znajdzie. Wówczas my jej zakomunikujemy cośniecoś.
— Świetnie! Jest to jedyne możliwe wyjście!
Przetłumaczył plan Godfryda Chińczykowi.
— To niebezpieczne wyjście! — odparł Jubiler.
— Ale jedynie możliwe. Wing-kan posiada chyba ogród?
— Tak, wielkości mego własnego, oddzielony od niego murem.
— A więc wszystko w porządku. Poczeka pan, aż zakopią figurę w ogrodzie, poczem zmiejsca wykopie ją pan i przeniesie do ogrodu swego sąsiada.
— Ale jeśli mnie na tem pochwycą!
— To rzecz pańska, nie dać się przychwycić. Musisz bardzo ostrożnie działać. Wing-kan nie ma

40