Strona:PL May - Matuzalem.djvu/162

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Matuzalem i Godfryd, ileż wiader piwa wysuszyli aż do dna? Nie lękali się zatem sam-chu. Jedynie Ryszard poprzestał na zwilżeniu warg trunkiem. Na namowy Turnersticka odpowiedział:
— Nie mogę. Wogóle nie znoszę wódki, a zwłaszcza ta mi nie smakuje. Za gorzka!
— Za mocna, chciał pan powiedzieć.
— Nie. Posiada jakiś gorzki posmak, który mi jest nieprzyjemny.
— Hm. Z marcepanów oczywiście tego się nie przyrządza.
Sądził, podobnie jak i jego towarzysze, że gorycz jest właściwym posmakiem sam-chu. Nie zwrócił także uwagi na tę okoliczność, że wypróżnione filiżanki napełniano nie na stole, lecz za zasłoną z mat. Nie wiedział zatem, że wlewa się tam z dwóch naczyń. W jednem było sam-chu zmieszane z opjum, a przeznaczone wyłącznie dla gości.
Newfundlandczyk siedział między panem a Ryszardem Steinem. Obserwował każdy ruch Chińczyków wrogiem spojrzeniem. Gdy któryś się doń zbliżał, ostrzył kły i warczał groźnie. Co więcej, gdy na rozkaz ho-tszanga, podano mu kawał mięsa, pies ugryzł ale nie mięso, lecz rękę Chińczyka. Nie tknął mięsa, chociaż podał mu je następnie Matuzalem. Nieufność psa, na szczęście, była równie wielka, jak lekkomyślność jego panów. Nadzieje Chińczyków pozbycia się niebezpiecznego zwierzęcia spełzły chwilowo na niczem.
Z tem większą gorliwością starali się upoić gości. 36

36