Strona:PL Mark Twain-Humoreski I.djvu/37

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


oczyma zalanemi przez łzy. Aliści earl, przeczytawszy, odzywa się:
— Mój panie!... I pan się poważasz pozować na majętnego człowieka?... Chyba że w pańskiej ojczyźnie przechwałek i blagi uchodzić może coś podobnego za majątek. Pan jesteś tylko spadkobiorcą ogromnej kolekcyi ech, jeśli się godzi wogóle nazywać kolekcyą coś, co jest rozprószonem na całej przestrzeni amerykańskiego kontynentu?... Nie dość na tem, mój panie. Pan siedzisz powyżej uszu w długach, albowiem ani jedno z pańskich ech nie jest wolnem od ciężarów hipotecznych. Nie jestem ja zaiste człowiekiem twardego serca, muszę jednak stanąć, kochany młodzieńcze, na straży interesów mojego dziecka. Gdybyś pan miał prawo bodaj jedno z swych ech z całą słusznością nazwać swojem, jedno jedyne, wolne od długów, tak abyś się tam mógł osiedlić z mojem dzieckiem i pracować uczciwie na zaspokojenie waszych życiowych potrzeb, — nie powiedziałbym wówczas: Nie!... Nie mogę jednak oddawać mego dziecka żebrakowi... Nie zbliżaj się do niego, moja córko!... A pan — z Bogiem, mój panie. Zabierz pan sobie swoje obdłużone echa i bądź łaskaw nadal omijać mój dom. Szlachetna moja Celestyna z płaczem mi się rzuciła na szyję i przysięgła, że z chęcią — nie: z radością by mnie poślubiła, gdybym nawet nie miał ani jednego na całym świecie echa... Lecz niepodobna!... Musieliśmy się rozstać: ona, aby