Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/265

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Zali wiem — kto mnie wyprzedzi? Ale wiem — że mnie do szczytu — jeszcze długa droga.
— Nie trać mocy, idź. Atma będzie z tobą! A dam twym oczom, by mnie widziały w każdej rzeczy, w każdej chwili. Szatęś wybielił, synu!
I przeszły dłonie po odzieży jego brudnej, cuchnącej, pełnej plugastwa, po członkach jego wychudłych, zeskorupiałych od niechlujstwa, stoczonych nędzą. Ale Jaworski czuł się czysty, mocny, radosny, jak ten letni dzień i ten błękit nieba, więc oczy do Niego podniósł i rzekł:
— Błogosław, Panie, tak wszystkim, jakeś mnie błogosławił i niech cię każdy zrozumie, jako ja! I daj wszystkim moją radość czuć i szczęście.
— Powiadaj ją, śpiewaj tym dolinom! — rzekł głos.
I był Jaworski znowu sam na skalnym progu, wśród górskich kwiatów, w słoneczności i woni letniego dnia i począł śpiewać, jak ptak wśród błękitu.
— Karliński! No, obudźże się — ktoś go trącał, wstrząsał, szturgał.
Zdało mu się, że oczy zamykał, a on je otworzył i nie rozumiał, co się z nim stało, gdzie jest, kim jest, czego od niego chcą.
Karliński? Kto to? Aha, to ten robotnik, pijak, co umarł w szpitalnej izbie, przy barakach w Zbylczycach.