Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/264

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


I znalazł się ponad wygodną drogą, wśród skalnych złomów i jął się piąć prostopadle, po gzemsach góry!
Jakie tam kwitły kwiaty — i jakie wody były w źródełkach — i jakie ptaki w szczelinach słały gniazda — i był sam.
Na szerszy próg się dźwignął i stanął.
Dzień się już robił — i miał pod sobą obszar ziemi słońcem zalany — i miał w sobie pieśń ciszy!
— Spocznij! — rzekł jakiś głos.
Ujrzał postać z połą szaty, zarzuconą na oblicze i ramiona do niej wyciągnął.
— Błogosławiony bądź — żeś mnie wiódł w ten świat, — rzekł przez łzy uszczęśliwienia, korząc mu się do stóp. A On mu ręce złożył na głowie, z której włos był zgolony — i która pokryta była wstrętnemi ranami, wyżartemi przez robactwo i brud.
— Radujesz się życiem? — spytał.
— Raduję, Panie.
— Nie lękasz się śmierci?
— Nie, Panie.
— Nie trudno ci miłować wszystko i wszystkich?
— Miłuję, Panie.
— Nie masz się za lepszego — od tamtych — na dole?
— Tyś, Panie z każdym. Doliny Twoje i góry!