Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/260

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ale za co, dlaczego pan chce mnie ratować? Nie wart jestem. Zabiłem!
— Kto z nas nie zabójca — jeśli nie ciała to duszy bliźniej. Tego się strzeż, tego się waruj, śpiesz! I pamiętaj, coś przysiągł. Dlatego cię ratuję. Prędzej!
Wojdak jak automat poszedł ku jezioru. Jaworski chwilę nasłuchiwał plusku oddalającego się czółna — potem wszedł do domu.
Zabłysło znowu światło przez szparę okienicy, zabawił w izbie nie więcej kwadransa, i wyszedł napowrót nad jezioro.
Łodzi już i śladu nie było na wodzie, i znowu trwała cisza nocna w oddali, to tu, to tam, ozwały się północne kury. Miasteczko spało twardo. Jaworski skręcił w uliczkę, do rynku i po chwili zakołatał w okno policyjnej kwatery.
Otworzył mu zaspany strażnik.
— A co tam? Czego?
— Przyszedłem do naczelnika. Nieszczęście się stało. Zabiłem Baczyńskiego.