Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/253

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Żeby panu oddał na przechowanie weksel, który mu przyniosłem kiedyś.
— Pański?
— Nie. Wuja.
— Pana Staniewskiego, administratora?
— Tak.
— Pan woli, żeby był u mnie? Dlaczego?
— Bo to ciotka mi go dała, blankiet z podpisem. Wuj nie wie, że on u mnie. Mam posadę, wyjeżdżam, pisałem do matki, przyznałem się, dostanę pieniędzy na Nowy Rok, odeślę, zapłacę. Ale Baczyński możeby wujowi powiedział, ciotka miałaby awanturę, niech ten dowód będzie u pana. I ciotka i ja będziemy spokojni.
— Dobrze, jutro to panu załatwię.
Wojdak nie odchodził, zapalił papierosa, przeszedł się parę razy po izbie i znowu obok Adama usiadł.
— Pan pewnie źle myśli o mnie, z powodu tego długu. Upoili mnie raz, zgrałem się u Jakubowiczów, może i dopisali.
— O nikim źle nie myślę, tylko mi pana żal. Z takiej zabawy zawsze troska i bieda.
— Wiem. Mnie się zdaje, że stryczek mam na szyi.
— Nie trzeba nadto się gnębić. Dojrzeje pan po tej próbie.
Wziął w dłoń rękę chłopaka, ale ten ją cofnął prędko, zerwał się, i mruknąwszy pożegnanie wy-