Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/250

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Mnie straszno o ciebie.
— Czy matce znów coś się śniło? — uśmiechnął się.
— Nie — tylko ot, głupia stara jestem. Tyłeś lat był bezemnie, a teraz jakoś mi strasznie, że bezemnie zostaniesz.
— Jakto?
— Bo ja już prędko, dziecko jedyne, ślepą nie będę.
— Co matce?
— Nic, synku, nic. Z tamtej strony każdemu wzrok wraca.
— Matka się czuje słaba?
— Nie, dobrze mi! Mój Boże — przy tobie być. Tak mi dobrze.
Objęła go za głowę — ze zgasłych oczu pociekło łez kilka.
Zaniepokoił się, ale przecie wyglądała jak zwykle, krzątała się żwawo — nie dostrzegł żadnej zmiany, a że Szymborska nie przychodziła od jakiegoś czasu, z powodu choroby swojej matki, nie miał się z kim niepokojem podzielić. Młyn się też popsuł i odwrócił jego uwagę od domowych spraw — przez kilka dni ledwie na chwilę do izby zaglądał.
Pewnej nocy z ciężkiego snu zbudziło go wołanie. Poznał głos staruszki i zerwał się.
— Co matce? — spytał, zapalając światło.