Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/251

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Chodź, synku, do mnie. Niech cię przeżegnam — mówiła prędko, niespokojnie.
Zaświecił jej w twarz, była biała jak ściana. Ręką szukała go, w powietrzu krzyż kreśląc, i mówiąc śpiesznie, a coraz ciszej:
— Niech Cię Bóg strzeże — na swojej drodze prowadzi. Dziękuję ci, dziękuję, za wszystko — już mi jasno. Nie lękam się o ciebie — dobryś — spotkamy się. Daj ci Boże — daj łaskę — moc — złotą szatę. — Mowa przeszła w szept prawie nieuchwytny — w tchnienie — w ciszę.
Gdy Jaworski z ważenia się opamiętał, poderwał ją — podał do ust wody — już duch się wyrwał z więzienia — już na posłaniu były tylko zwłoki. Przesiedział przy nich do rana, nie mogąc się pozbyć myśli — że gdy teraz ona wszystko widzi — wszystko wie — jak go sądzi. Gdy słońce weszło, spojrzał nieśmiało w twarz zmarłej. Stężała, spokojna, zdawała się doń dobrotliwie uśmiechać.
Tedy powstał i on uspokojony — rękę zimną ucałował — na oczy nacisnął powieki — i poszedł — by zająć się pogrzebem.
Gdy spoczęła już w ziemi — i znalazł się napowrót sam w swej izbie — przejrzał węzełek szmat, które z sobą przywiozła. Znalazł papierów urzędowych parę — jakieś listy, fotografię — i starą książkę, pisaną — z modlitwami.