Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/091

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


myśl jakby odbiegły w dal, i odparła po długiej chwili zamyślenia, czy szukania słów:
— Nie spotykają się ludzie napróżno. Każdy człowiek, którego poznajemy w życiu, jest nam, my jemu wierzycielem lub dłużnikiem. Czem właściwie, życie wskaże. Żeby nowych krzywd nie popełnić, nowych zobowiązań ciężkich nie zaciągnąć, a stare spłacać jaknajprędzej... kochać trzeba każdego. Wtedy się nie zbłądzi.
Twarz jej przybrała znowu wyraz powagi potężnej uroczystości majestatu idei — potem oczy rozbłysły łagodnie, usta się uśmiechnęły litośnie.
— Będę czuwać nad tobą! — rzekła, kładąc mu dłoń na ręku. — Żal mi cię... daleko ci jeszcze do drogi!
Była już noc zupełna. Rozegrały się słowiki, żaby, tysiące błotnych ptaków, pulsowały — zda się — wszystkie soki w roślinach, dygotało źdźbło każde.
— Pieśń nad pieśniami! — szepnął Antoni.
Skupieni, poważni, a radością ziemi przecie radośni, słuchali — cisi...