Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/057

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


czem medytować. Chodźmy. Czeka na mnie pewnie stary Kuźma z raportem. Pójdziemy potem do krynicy. Pewnieś głodny!
— Trochę, od rana na czczo. Ale, Antku, masz bardzo piękną gospodynię.
— Tak, bardzo piękna! — potwierdził spokojnie. — Trzy lata, jakem ją przywiózł z Paryża.
— Z Paryża!
— Tak, to córka wuja Lipińskiego.
— Nic o nim nie wiem.
— Ano, był ciotecznym bratem matki i wyemigrował. Ożenił się z Angielką, nauczycielką, i całe życie spędził w Paryżu. Był to mól książkowy i uczony. Naturalnie nędzarz. W ostateczności odezwał się tu listownie do matki, o której śmierci nie wiedział, polecając jej swą bibliotekę i swój pogrzeb. Pojechałem w porę, bo już za koszta pogrzebu opisano książki. O córce nawet nie wspomniał. Zapłaciłem, zabrałem bibliotekę i ją. Mam córkę.
— Śliczna dziewczyna!
— I nie dziewczyna. Poznała jakiegoś demagoga z rewolucyjnej partyi międzynarodowej. Pobrali się. Potem ją rzucił i zginął bez wieści. Pewnie zastrzelono go gdzie w strajku. Ano, poznała życie!
Szli znowu chwilę w milczeniu, zbliżyli się do domu.
— Nie zajmujesz całego! — rzekł Adam.