Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/056

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


żyte, może bezrozumne, a w każdym razie będące głosem wołającego na puszczy. Nie, nie piszę nic, ale czytam wszystko, co inni piszą... i żal mi ich.
— No, ale skrzypiec nie zarzuciłeś?
— Nie.
— Pójdziem do krynicy i będziesz mi grał. Pamętasz... wtedy, gdy byłem na wakacyach i przyjechali Wołodźkowie z Wilna. Toć już temu lat dwadzieścia. Nie wiesz, co się z nimi dzieje?
— Mieszkają w Petersburgu. On ma wysoką posadę w ministerstwie. Mają dwoje dzieci.
— Jak ona ślicznie grała! Toć od tych wakacyi jużeśmy się mało co widzieli. Odbiłem się od domu.
— Stefka umarła, mąż jej z drugą się ożenił i służy w Tule. Kazimierz umarł w Irkucku, dwa lata temu. Zostało nas tylko dwóch.
— A po nas?
— Młodyś, żonaty. Dzieci twoje tu przyjdą.
— Jeśli chcesz dziedziców mieć, to na mnie nie rachuj.
— To w takim razie stracona placówka!
Wstrząsnął go dreszcz — jakby nie kwitnąca wiosna była wokoło, ale jesienne mgły, — jakby nie płatki śnieżne leciały z drzew, ale ostatnie zmrożone liście, — jakby nie zawodziły słowiki, ale szare korowody wron krakały pogrzebową pieśń.
Szli czas jakiś w milczeniu — aż się starszy opamiętał, opanował, przemógł i rzekł:
— Trzeba było tak robić... basta. Niema nad