Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/048

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


z chat chłop przystanął, wszedł do środka; wyszedł po chwili z drugim i z babą.
— Pójdziemy, panie, do czółna! A może pan chce wstąpić do karczmy, wypić herbaty?
Jaworski nie czuł głodu, i spieszno mu było. Chłopi wysłali czółno szuwarem i wzięli za wiosła, a parli łódź, że jak ptak śmigała. Im bliżej celu, tem Jaworskiego ogarniał większy niepokój i jakby lęk i wstyd, a przecie chęć przybycia jak najprędzej.
Ten brat, senior rodu, który go niegdyś traktował, jak dziecko, potem krytykował ostro, z którym wreszcie rozeszli się w rozdrażnieniu i niechęci, a którego, pomimo wszystko, czcił i miał dla niego w głębi duszy wielką wiarę i tęsknotę braterstwa, ten brat imponował mu zawsze, choć z tem uczuciem się borykał, chociaż się buntował, choć poszli innemi drogami, inne mieli ideały i cele, choć wreszcie przez lat dwanaście nawet nie pisali do siebie.
Adam pierwszy się odezwał. Słów kilka chęci widzenia i rozmowy. Odpowiedzi nie było długo. Zwątpił, czy będzie. Gdyby przyszła wcześniej, możeby nie sięgnął po rewolwer.
A gdy ją otrzymał, nie było dnia, by o tej podróży nie myślał z utęsknieniem.
A teraz lęk czuł! Co powie i wogóle czy co powie. Czy znajdzie tego, którego sobie przedstawiał,