Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/047

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Kazienne! — odparł lakonicznie.
— W Bobrowie dostanę czółno?
— A dokąd?
— Do Jaseł.
— Czemu? Dostanie. W Jasłach pan do batiuszki?
— Nie. Dalej. Do Tepeńca.
— Aha! Ja i myślał, że pan do dwora gość. Będzie pan w Tepeńcu na zachód słońca.
— A nie wiesz? Jest pan w Tepeńcu?
— A gdzie ma być? Teraz siewy. A to panu można teraz czółnem prawie pod sam dwór dopłynąć. Wielka woda w tym roku i do Jaseł nie trzeba skręcać; z Bobrowa rowami do jeziora, prosto! Pan tu pierwszy raz w naszych stronach?
— Nie, ale byłem dawno, zapomniałem.
— Za trzy ruble ja sam dowiozę pana czółnem do Tepeńca — rzekł po chwili chłop.
Jaworski się zgodził, a zmęczony podróżą w wagonie, wyciągnął się na sianie, jak do snu, odczuwając wielką rozkosz ciszy.
Jechali wązkiemi, krętemi dróżkami, jakby szczelinami w borze; wyjechali na groble długie a wązkie, wśród bezmiaru bagnisk; mijali piaszczyste wzgórza jałowe, pustki wrzosowisk i wygonów, porosłych łozą, szmaty zagonów, nie spotkali człowieka, aż wynurzyli się raptem nad rzeką, rozlaną, jak morze i wjechali w ulicę szarej wsi. Pod jedną