Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/037

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


że zgubiony, a poddał się operacyi... i nie wytrzymał.
— Ba, ryzykował dla życia! Ale ryzykować dla śmierci! W każdym razie dla ciebie nie pora.
— Dlaczego?
— Bo z miłości za późno, a z przesytu za wcześnie.
— A no, dlategom się rozmyślił i z pół drogi tu jeszcze wrócił.
— I rad jesteś?
— Rozumie się. Aleś mi jeszcze nie opowiedział, coś porabiał w karnawale. Nic się dobrego nie trafiło?
— Było parę panien aż z Podola. Ale posagi w ziemi, tymczasem renta. Nie było interesu. Wiesz, kto na mnie leci? Gerhardowa.
Ignac, wobec swych spraw, zaniechał badania szwagra, a ten to wiedział i spytał żywo:
— Piękna jesień. Ale córki co powiedzą?
— Myślisz, że się ożenię? Po co? — zaśmiał się cynicznie Ignac.
Sekundę oczy Jaworskiego wyraziły krytykę, a usta wymówiły spokojnie:
— Starzy będą cię swatać.
— Dadzą mi spokój, gdy nie będę o pieniądze dokuczać; a przy tej kombinacyi można będzie żyć. Baba ma milion i może się jeszcze podobać. Już mi ludzie zazdroszczą i szczekają.
— Julki się pozbędziesz?