Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/028

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


jak pan sobie znowu nie do wytrzymania zacuchnie, a mojej ślepej matki już nie będzie na świecie, zapij się pan, otruj, albo powieś... jako który z tych! A wie pan, co potem będzie? Potem pan znowu wróci tutaj... tak stary uczył... hi-hi! Wróci pan, i ja wrócę, i każdy wróci. Tylko ja wtedy będę już rozumniejszy... nie będę się bał krwi... nie będę szczędził ni bydła, ni was!
Poderwał się na posłaniu i usiadł.
Roztworzył usta i głosem dzikim, ochrypłym zaintonował:

Dalej więc, dalej więc, wznieśmy śpiew...

Urwał, zakrztusił się, zabełkotał, chwycił ręką za gardło, oczami strasznemi spojrzał, zachwiał się i runął na ziemię.
W ciszy, która nagle nastała, dyszkant kucharki się rozległ:

O mój Jasinku, na rany Boga!
Słońce zachodzi, daleka droga!

Jaworski schylił się, chciał dźwignąć leżącego, poczuł, że to ciało miało bezwład rzeczy martwej, w gardle chrobotało, z ust ciekła krew, ręce już były zimne. A wtem rozległ się sygnał parowy południa i zaraz potem tupot nóg ludzkich pod ścianą i zgiełk w kuchni.
— Jagusia, gdzie miska? Daj pyska! — górował młody, wesoły głos.