Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/020

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


farmazon był i w kościele od świec cygara zapalał, więc go podobno nawet na święconej ziemi nie pochowano, ale w ogrodzie. Trzech synów i córkę miał.
— Co? — zdumiała się prezesowa. — Adam nigdy o żadnem rodzeństwie nie wspominał.
— A bo przy działach z najstarszym bratem się pokłócił i nie znają się teraz wcale. Siostra za mąż wyszła i umarła, a drugi brat gdzieś aż na Syberyi, i wieść o nim zginęła.
— No, a te dobra? — spytał prezes.
— Ten najstarszy, Antoni, tam siedzi. Wszystkich spłacił, odłużył się, zdziczał. Nie ożenił się, jakąś miał romantyczną historyę z mężatką. Żyje, jak puszczyk, w tym starym dworze. To tak daleko, że o nim nic nie słychać. Wszyscy Jaworscy o familię nie dbają. Adam osierociał w dwudziestym roku. Zaraz po pogrzebie ojca z bratem się pokłócił, spłatę wziął i tylko o rublu myśli. Są ubodzy krewni w Warszawie. Przemawiałam do sumienia, że przecie pomódz może, więc powinien. Nigdy nie dał grosza. A teraz to kara Boża... w grzechu śmiertelnym zejdzie z tego świata; bo choćby i wyżył, niedowiarek jest... u spowiedzi nie bywa... na piekło skazany.
Ona mu to dawno przepowiadała. Wszyscy Jaworscy, za ojcowskie grzechy źle skończą. Musi tak być.
Prezes spytał, czy znała swego stryjecznego