Przejdź do zawartości

Strona:PL Maria Rodziewiczówna - Atma.djvu/015

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.

 — Żyje jeszcze. To było omdlenie. Niech pani nie traci nadziei. Uratujemy go.
 — Doktorze, należy wezwać księdza! — ozwał się głos kobiecy. — Taki wstyd, skandal... Broń Boże śmierci, odmówią ludzkiego pogrzebu. Ja pojadę sama, księdza ubłagam, wytłómaczę chorobę... przywiozę. Nieprawdaż, Anielko?
 — Niech mama jedzie. Mój Boże! I za co mnie to dotyka?!
 Adam słyszał każde słowo, ale tak, jak się słucha rozmowy nieznanych sąsiadów, za ścianą; nie uważał, ani go to zajmowało.
 — Za co? — odparł gniewnie drugi głos. — Jeszcze będziesz w sobie win wyszukiwać! Cała rodzina waryatów... przyszło i na niego.
 — Pani prezesowa raczy ciszej mówić! — szepnął doktór. — Ocucił się, słyszy!
 — Mówię prawdę. Jestem matką... cierpię za córkę!
 — Mamo, teraz nie chwila na oburzenia.
 Drzwi się zamknęły, zapanowała cisza.
 W głowie Adama obrazy i dźwięki poczęły się kawałkować, mieszać, gmatwać, zasnuwać mgłą. Ogarniał go bezmysł i apatya ciężkiej niemocy.
 I tak leżał, na wszystko obojętny, bez woli, czucia i władzy, w swym pięknym domu, w przepychu i zbytku gabinetu, z raną ciężką w boku, własnoręcznie zadaną.

 Na dywanie czerniała wielka plama krwi, wa-