Strona:PL M Koroway Metelicki Poezye.djvu/205

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
197

I odtąd on nieskończoności
Bezmiary — jak myśl — przelatuje
I wzrokiem jednym obejmuje
Stulecia stuleć i wieczności.
Lecz Anioł Śmierci, zawsze młody,
Dziś przestał duchem być osłody.
On poznał ludzi: „ci litości
Zasłużyć sobie już nie mogą,
Nie ulgę, ale bicze złości
Poniesie śmierć im w chwile srogą.
Okrutni oni i zdradliwi,
Nie cnoty, ale grzechu chciwi.
Nie cenią życia, klną je raczej...“
Tak dumał Anioł... mógł inaczej?...

Dziś nie omija z nim spotkania
Śmiertelnik z życia raz wyzuty:
Dwa miecze — oczu jego rzuty!
Na powitalny głos wołania
W jelitach drżą nam złe wyrzuty:
Na śmierć to jest błogosławieństwo,
A pocałunek — to przekleństwo!...