Strona:PL Kraszewski - Starościna Bełzka.djvu/98

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

I począł się tak silnie wypraszać, tak przemawiać gwałtownie, że na chwilę nawet, zdało się, wojewodę opamiętał.
Franciszek Salezy zastanowił się, umilkł i nietylko nie uraził się odmówieniem posługi rozbójniczéj i niewolniczéj uległości swym rozkazom, ale zdawał się wstydzić swéj myśli; podobała mu się może ta otwartość szlachetna, i w pierwszém poruszeniu nasypaną złotem tabakierkę dał Sierakowskiemu, prosząc go o zachowanie tajemnicy.
Tak tę scenę opisuje Chrząszczewski, z relacyi szwagra swego Sierakowskiego.
Z opowiadania Anonima znowu zdawałoby się, że wojewoda po téj nieskutecznéj próbie, wyspowiadał się nocą przed żoną z nadaremnego kuszenia starosty zanideckiego, który mu pomocy odmówił. W tymże pokoju, jak wzmiankuje autor pamiętnika, spała jedna z panien wojewodziny, i rozmowę małżonków miała podsłuchać. Wojewodzina wzięła to inaczéj i i wielki jéj gniew przeciw Sierakowskiemu wzmógł się jeszcze: żądała ukarania niewiernego zuchwalca, ni mniéj ni więcéj śmiercią mu grożąc; zawsze powolnego męża potrafiła wkrótce przeciągnąć na swoją stronę, odmalowaniem mu zdrady starosty, niebezpieczeństwa, jakie im groziło, gdyby pozostał wolny, nawet szkalowania jakiemuby podpadli, gdyby to nieposłuszeństwo płazem mu uszło. Wreszcie zawsze posądzając go o sprzyjanie Komorowskim, obawiała się, żeby im nie dał znać o krystynopolskich projektach.
Wojewoda przekonany miał się zgodzić na ukararanie starosty zanideckiego, i byłaby może ta krwawa