Strona:PL Kraszewski - Dziennik Serafiny.djvu/57

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


cznie coś mówić... coś bardzo, bardzo ciekawego i swemi buremi, kociemi oczyma wpatrzy się we mnie, jakby mi co z duszy dobyć chciała... Ja tego nie lubię... Zaraz jej dałam do zrozumienia, że dzieckiem nie jestem żadnem, i że nie potrzebuje nic taić przedemną... boć przecie na pensji nas tyle było i każda coś z domu przyniosła... to się dużo nauczyło... Zaczęła się śmiać, uściskała mnie i jesteśmy teraz bardzo poufale i serdecznie. Chciwa jest i skąpa; zmiarkowawszy to, ujmuję ją podarunkami, Mama nigdy nie pyta, gdzie się co podziało... a ona lubi prezenciki...
Z Mamą jednego dnia jest serdecznie, to znowu się na nią dąsa, koniec końcem jednak, obie bez siebie żyć nie mogą. O Angielkę ułożyłam się z nią zawcześnie, iż jeżeli nam będzie zawadzała, to się jej pozbędziemy. Dała mi na to słowo.
Baron, który zawsze dla tych interesów Mamy, ciągle u nas przesiaduje i ma nawet gościnne pokoje w pałacu... wczoraj ze mną wieczorem chodził długo i rozmawiał. Zdaje się, że musiał być ze mnie zadowolonym... Zagadnęłam i jego o Angielkę... jest tego zdania, że języka się koniecznie nauczyć potrzeba, choćby się przyszło trochę pomęczyć i ponudzić.