Strona:PL Kraszewski - Żacy krakowscy.djvu/149

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

chciał wrócić do miasta i wzdychał oglądając się za siebie, pierwszy podniósł głos między swemi i zaczął ich nakłaniać do powrotu; lecz zaledwie z kilku słów jego zrozumieć było można do czego zmierza, krzyknęli studenci i mówić mu nie dali. Było jednakże i więcej takich, którzy z nim razem myśleli tylko jakby nazad powrócić, lecz nieśmieli i lękliwi odezwać się bali z takim wnioskiem wśród tłumu inaczej myślącego.
Kiedy się zaś Lew odezwał, ośmieleni tem zaczęli się jednomyślący cisnąć ku niemu, i gdy jedni łajali go, grożąc mu, drudzy powoli obronę jego brać zaczęli. Ci którzy od króla przysłani zostali, w powszechnym krzyku nie mogli dać się słyszeć. Studenci zaś, nie zwracając na nich uwagi, zajęci byli sporem między sobą i dzielili się na dwie strony.
Jedna z Maciejowskim utrzymywała, że najlepiej było powrócić do Krakowa, druga przypisując niestałość w zamiarach, lekkomyślność i przekupstwo wnioskującym, spierała się, aby wszyscy szli dalej. Łatwo poznali przybysze o co rzecz chodziła, i ks. Przerębski wysiadłszy z woza z dwoma drabami dla bezpieczeństwa posunął się na miejsce, gdzie się gromadzili wszyscy i krzyczeli, chcąc powagą swoją i wymową poprzeć tę stronę, która za powrotem do miasta trzymała. Docisnąwszy się z trudnością w pośrodek nich postrzegł dopiero, że szedł napróżno — krzyk powszechny głuszył jego słowa tak, że sam siebie słyszeć nie mógł — cóż dopiero inni? — popychano go zewsząd — szturchano — ustąpić musiał i czekać.
Sprzeczka coraz żwawsza się stawała, lecz jak się każdy domyśla, na słowach między wrzącą młodzieżą, której nikt nie hamował, skończyć się nie mogło. Bliżsi