Strona:PL Kraszewski - Żacy krakowscy.djvu/147

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

spojrzeli po sobie, nie wiedzieli co począć i stali. Wnet w kolasach i wozach zaczęły się ruszać rozmaite osoby, a po chwili rozmowy między sobą powstał wyżej nad innych ks. Przerębski i machnąwszy ręką, zawołał:
— Słuchajcie! Potem obejrzał się i głośno krzycząc zaczął mówić następnie:
— Mości panowie! Znajduję Waszmościów nie tam wcale, gdziebyście posłuszeństwem i wolą rodziców być powinni. O kilka mil od Krakowa? ci, którzy go ani na chwilę nie powinni byli opuszczać? ci, którzy drogiego czasu, niezwróconego czasu młodości, nie na wędrówki krnąbrne, lecz na naukę używać by powinni? Dziwi to nie pomału mnie i wszystkich, a są tacy co płaczą nad waszem zaślepieniem, że się bezrozumnie puszczacie sami niewiedząc dokąd. Król i pan nasz wielce za ten zuchwały postępek rozgniewany, daje jeszcze Waszmościom chwilę namysłu i przebaczenie obiecuje, jeżeli powrócicie.
— Nie chcemy! nie chcemy! krzyknęli wszyscy.
— Jedź sobie do króla, dodał jeden z bliżej stojących, i powiedz mu od nas, że kiedy nie dał sprawiedliwości, nie powinien wymagać abyśmy tam siedzieli, gdzie nas lada dzień wybić mogą bezkarnie do reszty!
— Cicho! zawołał ks. Przerębski, cicho! i dalej rzecz zaczął prowadzić, a w około szmer, szepty i głośniejsze rozmowy ciągle mu przerywały.
— Nikt zapewne z Waszmościów, dodał ów podnosząc głos, nie pomyślał o skutkach tego nierozmyślnego kroku, bo ktoby temu choć chwilę poświęcił, pozostał by pewno na miejscu. Idziecie Waszmoście Bóg wie gdzie, bez przewodników i pieniędzy, ufając zapewne litości ludzkiej; lecz powinniście wiedzieć, że kto by chciał