Strona:PL Kraszewski - Ładny chłopiec.djvu/230

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   18   —

oczyma znaki tylko dawali, a gdy do kawy poruszyli się z miejsc wszyscy, zeszli się zaraz we framudze od okna.
— Raupach, cóż ty na to? — spytał ex-piwowar — hę?
— Komedya, i dobrze odegrana, słowo daję — rzekł bankier oglądając się. — A pan ile akcyi bierzesz?
— Albom głupi? ani jednéj! — zaśmiał się Morzyński. — Za kogoż ty mnie masz? Bombasteina znam doskonale, a w jego towarzystwo i hrabiego wcale nie wierzę.
— Hę? alboż Bombastein? — spytał Raupach.
Fertig — cicho szepnął po niemiecku, mrugając oczyma Morzyński. Sławi się, udaje zrejterowanego z kapitałami miljonera — a jeśli mu co zostało, to chyba niewiele bardzo. Tajemnicą to dla innych — ja — wiem...! Cała nadzieja na téj spekulacyi, gdy ta się nie uda — pluśnie.
Raupach głową pokiwał.
— Nie sądzę — rzekł — o ile wydaje się naiwny i głupi, z pozwoleniem, o tyle ma sprytu i zręczności.
— Jak że to ty rozumiesz? — spytał Morzyński.
— Zaraz ci się wytłómaczę — odparł Raupach — Bombastein mądrych nie zwiedzie, ale prostaczków i pospolitych ludzi bałamucenia ma talent prawdziwy. A że tych na świecie najwięcéj...
Kiwnął głową.
— W takim razie — rzekł Morzyński — szkoda utalentowanego młodzieńca.