Strona:PL Kraszewski - Ładny chłopiec.djvu/123

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.
—   115   —

— A! to chłopak naiwny! powiem mu co mi do głowy przyjdzie! — rzekła radczyni, on mnie słucha i wierzy mi jak wyroczni.
Po przestanku pewnym, gdy ani oczy się nie podnosiły, ani usta nie otwierały, Dziembina uważając to za znak dobry, poczęła znowu.
— Droga Lauro! wierzysz, spodziewam się, w serce moje — ufasz mi, że twojego szczęścia pragnę, choćbym moje własne mu miała poświęcić. Mam doświadczenie, wiem co ci potrzeba! Mogłabyś innym wyborem być narażoną na despotyzm męzki, na niedelikatność — a ja za tego chłopca ręczę. Z nim zrobisz co zechcesz. Zakocha się w tobie, głowę straci — to nie dosyć — ma naturę nałogową, przywiąże się do ciebie; upadnie u nóg twoich.
Wdowa ciągle milczała.
Nagle coś jak rumieniec lekki na przezroczystéj twarzyczce się ukazał, podniosła oczy czarne na przyjaciółkę, wlepiła je w nią, zdawała się blizką jakiegoś wyznania i wahała...
— A, moja luba Lucyo! — zawołała pocichu tęsknym głosikiem — nigdy może twéj rady, twojego serca nie potrzebowałam więcéj jak dzisiaj. Ty myślisz o mnie właśnie — a ja, ja miałam ci się zwierzyć...
— Zwierzyć! — przerwała trochę przelękła radczyni — zwierzyć!
— Tak jest.
— Czyż byś miała co w sercu? w projekcie? — zapytała Lucya.