Strona:PL Kazimierz Przerwa-Tetmajer - Na Skalnem Podhalu T. 2.djvu/205

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dłami. Dyabeł musiał być, co u niego baran służył. Tak było.
Otwierały się turnie, piwnice pełne złota i srebra, w innych stało wojsko, konie — — widzieli to ludzie, bywali niejedni w nich i wierzyli w to. Bo to prawda była — gwarzyli.
Wodziło ludzi po halach i mamiło nieraz całe nocy. Były siodliska, były strzi gonie, co krew z ludzi we spaniu ssały. Widywali śmierci tańcujące po lasach i chodzące, a nawet i tańczyli z niemi! Ale niebardzo był rad ten, kogo one między się do tańca wzięły, bo nie tyko czysto kérpce zdarł, jak był obuty, ale i portki na fafręgi potargał, a rano mało żywy przylazł do chałupy. Najgorzej było temu, kto boskem był, bo pozbijał czysto pazdury z niemi po pniakach i korzeniach w lesie.
Zawsze też dali ludzie pozór za niemi, bo z takiego tańca w którą stronę poszły,