Strona:PL Kazimierz Przerwa-Tetmajer - Na Skalnem Podhalu. T. 1.djvu/189

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Mało w kościele miejsca było, księża słuchali i za kościołem pod lipami. Usłyszał jeden młody muzykę, bo Smaś ustawać grać bronił, porwie się ze słuchanicy, odtrzepnął od siebie babę, co ją słuchać właśnie skończył, skoczy, patrzy — jak krzyknie!
Róźnie ta skrzycał; zywy ksiondz béł.
Ustali grać.
— Coście wy za jedni?! — woła ksiądz — Co tu chcecie?!...
Wyjdzie Smaś na przodek — baby za nim, kumoszki — zdejmuje kapelusz i powiada:
— Niewiem, jak ta do wos mówić: jegomość, ociec, cy jako, bo jo ta tego nie ucony, anik ta z tém nie rabiał, ba u mnie kościół Giérlak, a zwonnica Lodowe. Ale mie baby namówiły, wysłuhoj sie, padajom, toztok się przyjehoł wysłuhać. Jak wom wóla, to jo gotowy.
Potruchlały baby sąsiadki, bo go uczyły przez drogę i co grzechy i jak się spowiadać trzeba i jak pięknie do duchownej osoby mówić, a ten tak po swojemu, ze zbójecka.
Ksiądz też oczy otworzył na tę przemowę, a ludzie dookoła aż się zakołysali tłokiem.
— Jagze? — pyta Smaś.
Kazał mu ksiądz broń odrzucić.
— To juz tak na raty kazujecie? — powiada Smaś. — Edy jo myśloł, co mi tu w nowienksym