Strona:PL Kazimierz Przerwa-Tetmajer - Na Skalnem Podhalu. T. 1.djvu/190

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


rynśtunku przyńść trza — ale niekta juz bedzie, jako fcecie.
Rozzbroił się; oddał pachołkowi, co za nim szedł.
Ksiądz się kazał ludziom rozstąpić.
— Klęknijcie tu — powiada do Smasia.
Kląkł Smaś.
— Jo wos haw nie zabawiem długo — powiada — bo tu widzem kieloro ludzi. Juz mie to kumoski zucyły, jakie to té grzyhy, a jo ik haw niebedem mioł korzec, ani ćwierć. Lem słuhojcie.
Kraśćek krod, alejek wse hudobnym doł z rabunku. Niejednemu jek nogi wprawił, co dobrze sozrembu głowom nie dopadnie. Teli zrós. Anik ta nigda we swojej stronie nie zbijał, ba ka inyndyj, po Węgrak. Bićek bił, alek się nigda na słabsego nie zruwał. Roz mie jedna wereda, takie to małe było, od wojska przisło, w łeb wyciena, tok — przepytujem piéknie ik miłość duhownom — za brzuk i za kosule na garle ręcami ujon, obróciłek to nogami do góry, wstawiłek do smrecków głowom w dół i posełek. Nie tknonek się! Dzwiérzęciu jo niewyrządzoł nigda, nie okalicyłek go, héba na polowacce, ale to myśliwskie prawo. Nie pokłamałek nikogo, nie zradziłek nikogo, wsejek wierności dotrzimował, cy my co ka ukradli i sowali, cy sie na bitke smówili, cy cosi kajsi. Nigdyjek