Strona:PL Kazimierz Przerwa-Tetmajer - Na Skalnem Podhalu. T. 1.djvu/176

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— No juźci prowda, to ci nima co pedzieć, dyabeł sie tobom nie ocielił, ale zkądze wiés, ze cię zalubiła?
— Poziéro ku mnie.
— Iści! To i liska poziéro na grule, a nie bedzie ik jadła.
Przyjdzie Franek do Kuźnic w sobotę po wypłaty, czy kiedy, to już tak wypatruje, to już tak śtuderuje, czyby jako tej Anielci nie zobaczyć? Bo i ona się jemu strasznie w serce zakradła. No i tyle wyśpekulował, że się do niej przecie nabliżył i czasem nie czasem jakieś słowo przepowiedział. Ona to choć niby panna była, to tam znowu bardzo od niego nie odlatywała; w sukienczynie tylko w niedzielę i we święto chodziła, zresztą spodnica na niej zwyczajna, na głowie chustka, a buty ta też nie zawsze pod nią cupkały.
Boso się jej zdarzyło wylecieć nie raz i nie dwa. Tylko że jej już niemożna było mówić Anielciu, ale panno Anielo, bo ojciec za rachmistrza służył i tak przykazywał.
Póki to tak było na daleko, że się tylko ku sobie spoglądali, to nic, ale poszła raz Anielcia na borówki w Olczysko w jedną niedzielę i tam się za nią Franek Seliga przykradł, bo on do tego jedyny był. Hej! były już usta na ustach, ręce po za plecy — — wydarła się.