Strona:PL Kazimierz Przerwa-Tetmajer - Na Skalnem Podhalu. T. 1.djvu/174

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


z głuszca za nim. Do kościoła do Nowego Targu w niedzielę panna z ojcem jeździła; tam Franek Seliga taki strojny chodził. Najgorzej, kiedy było błoto, bo już niewiedział, jak iść. Więcej uskoczył z kamienia na kamień, niż upiętkował. Ale on był lekki.
Ustał pić, ustał palić, nic, tylko pieniądze składa, a stroi się. A w kościele, u Świętej Anny w mieście, żeby niewiedzieć ile ludzi było, potrafił on się przepchać ku ławce, w której panna Walewska z ojcem siadała.
Już tam Panu Bogu on się wtedy nie uprzykrzył. Mało wiedział, gdzie jest, tylko se głowę podźwigował w górę, że to jest taki cudowny, a popatrywał na pannę. Ona się też ku niemu czasem z nad książki spoglądnęła.
A Franek sobie to najlepiej tłomaczył, bo strasznie podufały i wszystko o sobie trzymający był.
— Zalubiła mie — mówi — Niémogło inacyj być.
— Wto?
— Janiela.
— Jako Janiela? Mostowego?
— Baj to!
— Wietrznego Kuby?
— Baj to!
— Krzeptowsko?
— Baj to!
— Ze to wtoroz by haw była? Maćkowej Bronci