Strona:PL Kazimierz Przerwa-Tetmajer - Na Skalnem Podhalu. T. 1.djvu/160

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


drzewami żółte, wysokie kwiaty rosną — to się czasem tak zaświeci z za gałęzi, żebyś rzekł, złego co patrzy na cię, aż się wzdrygniesz. I cicho tak, jak wiatru niema, że ani szmeru. Wody nawet w potoku nie słychać z dołu. Głuchy bór, jak trup.
Tam on się zatrzymał, ten juhas Luptowski, a jeszcze była tęga noc, bo on ta sporo mógł chodzić.
Obaczył się w tej puszczy i powiada: Hej lesie! lesie! Abo jo, abo ty!
Co mu to do myśli przyszło?! Czysto oszalał!
Złapie jeden konar — pociągnie — trzask! ukruszył. Złapie drugi, trzeci, młode smreczki, łamie targa, z korzeniami rwie. Do starych smreków ze zębami skacze, korę z drzewa wydziera, aż mu krew z pianą z ust bryzga. Huk, trzask, łomot po lesie, że strzelcy, koziarze ze Zakopanego, co tam niedaleko nocowali, myśleli, że się niedźwiedź gdzie pod Żabiem, bo tam radzi Białczanie zastawiali, w oklepiec złapał i ku Rówienkom go przywlekł. A niedźwiedź w oklepcu strasznie las łamie. Ale się bali tam iść że noc.
Ku ranu ustało hałasić.
— Zmordował się biédok — mówią strzelcy — trza ku niemu iść zajźréć, cyby go jako nie ozpętać, kie mu się tak w tyk zelazak cnie...
Idą, stanęli, jak żeby im kto po oczach siarką