Strona:PL Kazimierz Przerwa-Tetmajer - Na Skalnem Podhalu. T. 1.djvu/161

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


chlusnął, aż im strzelby zadygotały w rękach, a Tyrale podobno i wypadła.
Tu nagruchotane konarów, drzewek, łom, skręty, zwał, aż się polanka w lesie zrobiła z widokiem; tam, pod smrekiem, człowiek w potarganej koszuli juhaskiej, z poszarpanym pasem, cały we krwi, z polepionemi od niej włosami, podrapany, z dziurami po ciele, jakby go kto na bronie włóczył. Dobrze się namyślali, co zrobić, czy przystąpić, czy uciekać, tak ich strach zdjął.
— Nic, ino się dyabeł wściók — powiada Capek
— Abo się mocował z jakim duhem i zmóg go — powiada Suleja.
— Ej! — mówi Tyrała z Kościelisk, bo on ta rad w takie rzeczy wierzył — jo wiem! Cy je pote nie tén, co grzyhy swoje, jako żywe miéso, na ramieniak nosił i zębami targał?
— Abo cosi kogo pobiło? — mówi Capek.
— Abo wto wié, cy pote dyabeł cłeka nie udusił ka i haw nie prasnon? — powiada Suleja.
— E! — mówi Tyrała — Ze cozby haw do rania ś nim po lesie jeździł?! Cy ty myślis, ze to tak, jako w karcymie, kie się dwa weznom wodzić za łby? Zły duk nie potrzebuje, ino cię tknonć! Durknie do tobie palce — toś juz hań!
Ale stary Jędrzej Sieczka, mądry chłop, nie gwarzy nic, tylko patrzy i siepnie się: