Strona:PL Kazimierz Przerwa-Tetmajer - Na Skalnem Podhalu. T. 1.djvu/092

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


niebie; słucha — idzie po kosodrzewinie szum, pocieplał wiatr.
Bedzie jehał śnieg — myśli se Jędrzej.
A tu ono tak gra od turni, jakosi tak, że się Jędrzejowi gardło ścisnęło i łzy mu do oczu naszły.
Wyciąga ręce ku Wołoszynowi i krzyczy:
— Hej! gazdowstwo moje kohane! rodzone! prześlicne!...
Pogląda po Wielkim Stawie, pogląda po Przednim, aż się zadziwował: Kiele som téz!
A Siklawa huczy mu, wali się grzmotem ku Roztoce, i potoki lecą z Wołoszyna, a taki z nich szedł śpiew, jak z dzwonków.
— Wody mom dość — mówi.
Weźmie kosodrzewiny kitkę w rękę, pomacał.
— Piéknie zrosła. Nagodziéł Bóg urodzaj, nima co pedzieć — mówi. — Wiaterek wiał, oduhował, toz to rosło, jak zyto. Ino by trza ten śniég pouprzątować dolinami, ale to się ta wartko zrobi z wiesnom. Turnie się juz téz pozwydobywały kielo telo ze śniegu, śmiejom się do słonka, jak nowe...
Gdzie spojrzy, wszystko jego: tu wody, tam góry; świecą mu się stawy, zieleni trawa, oczyma ledwo objąć może to swoje gazdowstwo.
Wszystko wydało mu się po myśli.
— Bogatyk jest — rzekł. — Tu mi się w Pięcistawak, dziękować Bogu, wydarzyło tego roku dobrze.